Reaktywacja >> czwartek, 26 marca 2009 01:25:15
Opowiadanie znowu rusza! Jednak na innym adresie, a mianowicie
Hermi&Draco Zapraszam wszystkich serdecznie!
Całuję ;*
komentarze [4]Rozdział V: Przepowiednia >> sobota, 21 stycznia 2006 21:13:36
Zdaję sobie sprawę, że ta notka nie zaliczy się, ani do najdłuższych a tym bardziej najciekawszych... no może początek ;P Jednak zdecydowałam się ją tu zamieścić, ponieważ nie chciałam żebyście już dłużej czekali... hmm, bo już nawet wyzwiska się pojawiały...
Chciałabym was powiadomić o zmianie gadulca, ponieważ na stare ktoś mi się włamał ;/ Mój nowy numer: 647599
A teraz notka :)
================================
Trzask. Dziwny, dochodzący z parteru. Wybijane szyby. Łamane drewno. Strach nachalnie wstępujący w jej serce, które z każdą sekundą przyśpieszało swe bicie. Tupot nóg na schodach. Chwila wahania, cisza absolutna.
- Za dużo pomieszczeń! Nie znajdziemy jej! – obcy krzyk wdzierający się przez szczeliny między drzwiami.
- Musimy się rozdzielić!
- Jest nas za mało, nie damy rady!
- Taki był rozkaz, trzeba go wypełnić!
- Musimy ją znaleźć, nie można pozwolić aby urodziła to dziecko! – niski, głęboki głos dudniący dookoła.
Kolejny trzask. Tym razem cichszy. W jednym momencie, sekundzie rozbrzmiały złowieszcze zaklęcia. „Co tam się dzieje?” – pomyślała. Po raz pierwszy ciekawość wygrała z jej rozsądkiem. Nie wiedziała czemu to robi, ale wstała z łóżka powoli idąc w kierunku drzwi. Nacisnęła na mosiężną klamkę, drzwi cicho zaskrzypiały.
- Crucio!
Poczuła tylko mocne uderzenie w pierś, a potem ból. Ból nie do wytrzymania. Jakby do każdego nerwu z osobna przykładano rozżarzony pręt. W pewnym momencie wszystko ustało, pozostał tylko ten ból. Nie była w stanie ruszyć nawet palcem, zbyt wielkie sprawiało to cierpienie. Wsłuchiwała się tylko w głosy, w których rozbrzmiewała trwoga.
- Hermiono! Co ci się stało! – krzyk, przerażony. – Co tu się stało? – wiedziała, nie było to pytanie do niej, tylko do kogoś innego.
- Wtargnęli tutaj ludzie Dumbledora, z Zakonu Feniksa...
- Ale jak? Po co? – drżący głos Dracona odbił się od ścian.
- Nie wiem po co, ja tylko wykonuje rozkazy. Razem z innymi mieliśmy tu przybyć, bo Czarny Pan miał wizję.
Rozejrzał się tępo po pomieszczeniu, na ścianach pełno krwi, a na ziemi kilka trupów. Na parterze okna powybijane, a stoły, komody i krzesła połamane.
Za to wszystko winił siebie. Winił, że niepotrzebnie wychodził, nie musiał. Chciał tylko pojechać po potrzebne papiery i to wszystko. Z pewnych powodów został dłużej. I co się przez to stało?!
Wzrok z powrotem przeszedł na ukochaną. Dopiero teraz zauważył, że była cała we krwi. Serce podeszło mu do gardła, nie był w stanie przełknąć śliny. Nie mógł znieść tego widoku.
- I to wszystko się stało przez tych co sądzą, że służą w dobrej sprawie?! Napadają na bezbronną kobietę w ciąży?! – krzyknął, głośno.
Pierwszy raz, był w takim stanie. Po raz pierwszy po jego policzku spłynęła łza, prawdziwa. Łza bólu i cierpienia. Żalu i nienawiści. Starł ją szybkim ruchem ręki, nie dopuści, aby ktokolwiek zobaczył go w takim stanie, nawet w takiej chwili...
Hermionie zdawało się, że świat dookoła niej wiruje i zmienia barwy co chwilę. Głosy dwóch młodych mężczyzn stawały się coraz bardziej przyciszone. Tak jakby stali przynajmniej kilka metrów dalej. W końcu nic nie widziała i nie słyszała. Ciemność ją otaczająca była przerażająca, a zarazem uspokajająca, nie myślała już o tym co się tutaj działo przed paroma minutami, nie czułą już bólu, który przed chwilą rozlewał się po całym jej ciele paraliżując je. Wszystko ustało. Nie wiedziała już gdzie jest i dlaczego, wiedziała tylko, że są to jej ostatnie chwile, zaraz jej nie będzie. Będzie tylko wspomnieniem, którego wspomnienie u jednych będzie wywoływał płacz, innych radość...
***
Nie umarła. Żyła. Na pograniczu życia i śmierci trwała od paru tygodni. Śpiączka. W tej chwili największy wróg młodego Malfoy’a. Już wolał żeby umarła, niż żyć nadzieją, że pewnego dnia obudzi się i zaczną wspólne życie od nowa. Czemu to musiało się stać, kiedy wszystko zaczynało się powoli układać?!
- Jaki z ciebie mięczak – zadrwił senior rodu ze swojego syna.
- Mięczak?! – Draco rzucił swemu ojcu spojrzenie rządne mordu. – Czy to dlatego, że jestem Malfoy, nie mogę kogoś pokochać?!
- Miłość to iluzja, liczy się tylko władza i czystość krwi! – prychnął Lucjusz. – A ty głupiec uwierzyłeś w tę iluzję, która teraz stała się dla ciebie prawdziwym światem!
- Ty coś wiesz! – warknął, widząc drwiący uśmiech przez cały czas tkwiący na ustach rodziciela.
- Wiem o pewnej przepowiedni – Malfoy senior mówił powoli, ważąc każde słowo i rozkoszując się atmosferą.
- Jakiej? Mów!
- Więcej szacunku!
- Ojcze... proszę, powiedz o jaką ci chodzi przepowiednię.
Lucjusz uśmiechnął się sam do siebie.
Z dwóch różnych światów
się wywodzą.
Ona, córka Czarnego Pana
wychowywana przez mugoli.
On, syn starego rodu,
wychowanek władzy i czystej krwi.
Zaczynając nienawiścią
skończą,
aż po kres swych dni,
miłością złączeni.
Z ich miłości zrodzi się potomek,
który tak jak jego dziad,
władzy pragnąć będzie.
Każdy następny z tego rodu,
od poprzedniego potężniejszy będzie.
Lecz zanim do tego dojedzie,
czeka ich wiele przeszkód i niespodzianek.
- Dlaczego ja nic nie wiedziałem o tej przepowiedni?! – warknął.
- I tak nic byś nie zdziałał, jeszcze by ciebie zabili – odparł chłodno – a wtedy przepowiednia by się na pewno nie spełniła.
- A skąd mieliście pewność, że jej nie zabiją?!
- Nie ważne, ale wiedzieliśmy, że tego nie zrobią.
- Mam tego dość! Mam dość tego ukrywania przede mną co się dzieje! – krzyknął, po czym odwrócił się na pięcie i wyszedł z pokoju, nie zaszczycając swego ojca nawet najkrótszym spojrzeniem.
***
- Dzień dobry, jestem Miranda Hewit – do biura Malfoy’a weszła wysoka brunetka. – Ja w sprawie pracy – dodała po chwili.
- Proszę usiąść – wskazał na fotel obity czarną skórą.
- Przyniosłam swoje...
- Nie musisz niczego pokazywać, bo i tak jesteś jedyną kandydatką na to stanowisko... no bo nie wiele osób chce teraz pracować dla Ministerstwa – przerwał jej.
- Od kiedy mogłabym zacząć? – zapytała po chwili.
- Od dzisiaj –odpowiedział natychmiast, nie zastanawiając się zbytnio nad odpowiedzią.
- No... dobrze – zająknęła się trochę.
- Pokaże ci twoje stanowisko pracy - wyszli z biura i przeszli do trochę mniejszego pomieszczenia, które wymagało większego remontu. Pod oknem stało samotne biurko ze stertą papierów. – Może nie są to najlepsze warunki, ale chyba sama rozumiesz, dlaczego tutaj tak wygląda. W przyszłym tygodniu będzie tutaj remont.
Wytłumaczył jej na czym będzie miała polegać jej praca i jak skończy to ma się zgłosić do niego, do biura.
- Skończyłam – Miranda weszła, nawet nie pukając, a zaraz za nią wleciała sekretarka tłumacząc się pośpiesznie.
- Ona nie chciała mnie słuchać, że jest pan bardzo zajęty – bełkotała.
- Czym? Piciem kawy? Czy gapieniem się w sufit? – prychnęła i podeszła do biurka kręcąc tyłkiem, co wywołało zgorszenie starszej kobiety.
- Możesz już wyjść – zwrócił się do niej, a ta posłusznie wycofała się zamykając drzwi. – O co chodzi?
- Skończyłam – odpowiedziała, kładąc na jego biurku spory plik papierów z satysfakcją wymalowaną na twarzy.
Usiadła na fotelu, zakładając nogę na nogę, a już i tak krótka spódnica, podwinęła się jeszcze bardziej.
- Coś jeszcze? – zapytał, świdrując ją wzrokiem, zatrzymując wzrok na jej nogach.
- Nie – odpowiedziała, rozglądając się znudzonym spojrzeniem po pomieszczeniu, udając, że nie widzi, jak się na nią patrzy, jak każdy...
***
- Słuchaj! – Miranda, jak zwykle weszła, nawet nie siląc się na zapukanie.
- Tak?
- Możesz mi powiedzieć, kiedy będzie w końcu remont w tej norze? – zapytała siadając na biurku, strącając jakiś notes. – Miał już być dwa tygodnie temu!
- To nie zależy ode mnie – wstał, podchodząc do niej.
- Nie? A od kogo?
- Nie ode mnie – uciął rozmowę.
Trwali tak w ciszy, przez dłuższą chwilę i wpatrywali sobie w oczy. Przyciągnął ją do siebie, ściągając z biurka, a ta tylko uśmiechnęła się do niego zalotnie, jakby zachęcając do dalszych poczynań. Zatopili się w jednym długim pocałunku, którego oboje pragnęli, pożądali siebie nawzajem. Podobni charakterem, bezczelni, mówiący to co myślą... Nie istniała w tym momencie bariera szef-pracownica...
Jednak coś nie pozwalało mu jednak posunąć się dalej, przynajmniej nie teraz, wspomnienie jeszcze zbyt bolesne powróciło do jego głowy. Przeliczył się, to mu się tylko wydawało... nie zapomniał o niej, nie zapomniał o jedynej miłości w swoim całym życiu, która wciąż w nim trwała ukryta, przypominając o sobie.
Nagle odskoczył od brunetki, łapiąc się za głowę. Usiadł przy swoim biurku, zakrywając twarz rękami. Nie chciał nic widzieć, bo po co, czuł to i tak wystarczająco mocno... pożądanie, którego nie może spełnić, którego potrzebuje, a jednak nie potrafi.
- Nie mogę tego zrobić – zajęczał. – Za wcześnie!
- Co ci jest? Na co za wcześnie? – zapytała przerażona, podbiegając do niego.
- Proszę cię, wyjdź.
- Ale...
- Wyjdź! – krzyknął wskazując drzwi.
Jeszcze raz na niego zerknęła, lecz pod naciskiem jego spojrzenia, od razu odwróciła głowę i wyszła. Nie pora na to, może kiedyś zdecyduje się powiedzieć jej o co chodzi. Nie wiedziała tego co wiedzą wszyscy, nie wiedziała co się stało, ponieważ dopiero jakiś miesiąc temu, po pięciu latach spędzonych w Austrii, powróciła do Anglii.
Weszła do nory, zwanej jej biurem i zajęła się papierami, które jej pozostały, lecz jej myśli cały czas zajmował blondyn i jego zachowanie, które był dla niej bardzo dziwne.
komentarze [12]Rozdział IV: Pogmatwane życie >> wtorek, 18 października 2005 22:55:03
Sorka że tak długo czekaliście na nową notkę, ale po pierwsze: nie miałam zbytnio czasu, po drugie: laptop, z którego kożystałam zjebał mi się ;/ (teraz mam normalnego kompa z netem :P). Teraz notki będą się pojawiały na pewno częściej (chyba że sztuba dostane od starych ;/). Dobra to jest notka, ale tylko pierwsza jej część, bo w obawie, że mi bloga usnął wstawiłam ją wcześniej niż zamierzałam (miałam to zrobić jutro).
================================
Rozdział IV: Pogmatwane życie
Przyjdź jutro na Berkley Street 21 o 12h w południe
Od razu domyśliła się od kogo był ten list, choć ten charakter pisma widziała tylko już raz w życiu. Oczywiście dostała go od swojego ojca, czyli Lorda Voldemorta, albo jak wolą inni Toma Marvolo Riddle. Zaczęła się zastanawiać, czemu postanowił się z nią spotkać.
- Czeeeść - z zamyśleń wyrwał ją Draco, który wszedł do salonu potężnie ziewając.
- Cześć - odpowiedziała chowając list do tylniej kieszeni spodni.
Poczuła ostre pieczenie na prawej ręce, podwinęła rękaw bluzki - Mroczny Znak zmienił kolor z czarnego na zielony. Wiedziała, że Czarny Pan jest wściekły, i to bardzo. Zastanowiło ją co go tak zdenerwowało, miała też nadzieję, że następnego dnia będzie w lepszym humorze, bo nie wiadomo jak by to się mogło dla niej skończyć.
***
Zapukała kołatką w dębowe drzwi należące do wielkiego domu, do połowy pokrytego zielonym bluszczem, a tam gdzie go nie było, ścianę pokrywała biała farba. Framugi wielkich okiennic lśniły w świetle kolorem kasztanowym, a dach został wyłożony ciemno-rdzawymi dachówkami. W przedniej części ogrodu rosły dwie wierzby i jeden dorodny buk, a dróżkę od bramy do schodków otaczały piękne kwiaty mieniące się w świetle południowego słońca.
Po chwili czekania nacisnęła mosiężną klamkę, delikatnie pchnęła drzwi, które z lekkim skrzypieniem się otworzyły, po czym weszła do wielkiego hallu, gdzie na środku stały potężne, drewniane schody, po obu ich stronach stały dwie pary cisowych drzwi zaopatrzonych w złote klamki. Ściany były wyłożone tapetą o kolorze przyciemninego pomarańczu delikatnie wpadającego w tonację brązową. Na podłodze leżał bordowy turecki dywan we wzory.
- Dzień dobry - jedne z drzwi się otworzyły i podszedeszła do niej średniego wzrostu zakapturzona kobieta składając jej ukłon. - Czarny Pan czeka na panią. Proszę iść za mną - spod kaptura wypadł kosmyk rudych włosów.
Hermiona zmróżyła oczy próbójąc dostrzec kto się skrywa w cieniu nakrycia.
- Kim ty jesteś? - zapytała.
Spod kaptura najpierw wyłoniła się burza rudych włosów, za nią policzki obsypane piegami, aż w końcu ujrzała całą jej twarz. Nie mogła w to uwierzyć, że to dzieje się na prawdę.
- Ginny?! Co ty...
- Ciii... - uciszyła ją dziewczyna.
- Co ty tutaj robisz? - zapytała Hermiona trochę ciszej.
- Musiałam to zrobić! Rozumiesz?! Musiałam - załkała cicho, a po jej policzkach spłynęło kilka łez. - A teraz wybacz, ale nie mogę z tobą dłużej rozmawiać. Obowiązki czekają - powiedziawszy to naciągając na głowę czarny kaptur. - Chodź za mną - nakazała.
- Czemu mi nic nie powiedziałaś? - zapytała Hermiona, kiedy przechodziły przez kolejny korytarz.
- Sama nie wiem... chyba bałam się co ty na to powiesz - stwierdziła otwierając ostatnie drzwi. - Panie, pańska córka - powiedziała i wyszła składając głeboki ukłon.
Na środku pomieszczenia stał stary fotel, a na przeciwko niego w kominku wesoło trzaskał ogień. W prawym rogu pokoju stało kilka regałów po brzegi wypełninych książkami, głównie dotyczącymi czarnej magii i ważenia eliksirów. Trochę dalej był kociołek, a obok niego leżał wielki wąż, który na chwilę po jej wejściu podniósł łeb, po czym z powrotem opóścił go na podłogę.
W pokoju panował półmrok, ponieważ zasłony na oknach były pozaciągane, szczelnie do siebie przylegając.
- Dzień dobry, ojcze - lekko skinęła głową na znak szacunku.
- Dzień dobry - z fotela wstał wysoki mężcyzna. Jego głos brzmiał jak syk węża, tnący jak nóż powietrze na strzępy.
W pokoju zapanowała cisza, tylko od czasu do czasu przerywana świstem powietrza wciąganego przez nozdrza Lorda.
- Wezwałem cię tutaj, ponieważ stwierdziłem, że powinnaś się czegoś dowiedzieć o swoim pochodzeniu - powiedził, jakby czytając jej w myślach - i dlaczego trafiłaś do tych mugoli - prychnął krzywiąc się. - Zacznijmy może od tego, że źle sobie dobrałaś kochanka, bo widzisz... Miguel jest twoim bratem bliźniakiem, ale tak jak ty o niczym nie wie - popatrzyła na niego pytająco. - Myślałaś, że się niczego nie dowiem?
- Ale skąd...? - zapytała.
- Ja wiem wszystko i o wszystkich - zaśmiał się zimno.
- Ale ja myślałam, że jego bliźniaczką jest Natalie - z całych sił próbowała udowodnić, że przecież on nie może być jej bratem.
- Jakoś tak się złożyło, że oboje mają tego samego dnia urodziny i w ten sposób przyjęło się, że są bliźniakami - odparł. - Wracając do twojego pochodzenia - ponownie podjął temat - wasza matka, chcąc was przede mną ukryć...
***
- Gdzie byłaś? - zapytał Draco, kiedy Hermiona weszła do pokoju.
- U ojca - odparła.
Spojrzał na nią lekko zdziwiony.
- Dostałaś list - podał jej kopertę.
Droga Hermiono,
przepraszam cię za moją reakcję, kiedy mi oznajmiłaś, że jesteś w ciąży, przecież w gruncie to jest normalna kolej rzeczy i nic nie da się na to poradzić. Dzisiaj wieczorem wyjeżdżamy do Hiszpani, to znaczy ja i Margaret. Żałuję, że już prawdopodobnie nigdy się nie zobaczymy, wle wiedz, że na zawsze będziesz zajmować w moim sercu bardzo ważne miejsce. Nigdy o tobie nie zapomnę. Bardzo cię kocham,
Miguel Santana
- "Ja też o tobie już niegdy nie zapomnę" - pomyślała , gdy skończyła czytać.
Jedna samotna łza spłynęła po jej policzku. List mimowolnie zgniotła w swoich drobnych dłoniach, ze zdenerwowania, a może chciała już o wszystkim zapomnieć, wymazać z pamięci i żyć normalnie.
Przysiadła na niskim parpeciku, wzdychnęła raz jeden, potem drugi i trzeci. Przez okn patrzyła na pożółkłe liście na ziemi, między trawą. Drzewa były prawie gołe, tylko na niektórych wisiały listki ostatnimi siłami walcząc o życie, o te 5 minut więcej! Lecz i ona przy mocniejszym podmuchu wiatru opadały powoli zataczając w powietrzu piruety, wspominając przy tym swoje krótkie życie, jak powoli się rodziły, jak z małych pączków stawały się wielkimi liśćmi, jak pięknie było im w zielonym!
To wszystko tak nagle zwaliło się na jej głowę, o wiele za szybko, jak na jej młody wiek. Wiek, w którym każdy chce aby wszystko toczyło się po jego myśli, nie lubiący kompromisów, wręcz kochającym stawiać na swoim. Życie, które budowała od kąd się dowiedziała, że jest czarownicą, jak w nowej szkole udało jej się zdobyć prawdziwych przyjaciół, wszystko to się posypało w jednym momencie, niemalże sekundzie. Po chwili do jej głowy wstąpiła nieśmiało myśl, czy można nazwać prawdziwymi przyjaciółmi osoby, które ją zostawiły? Prawdziwa przyjaźń powinna trwać do końca życia, a nawet dłużej! Bo czy to co się skończyło możemy mieć pewność, czy kiedy kolwiek istaniało?
Pomyślała o swoich rodzicach, a raczej o osobach, którym przez 16 lat uważała za swoich rodziców. Nie kontaktowała się z nimi od tamtej pory, kiedy dowiedziała się prawdy, że zawsze yła w tym zakłamaniu! Ponad dwa lata, ani razu się z nimi nawet nie widziała przechodząc przez ulice, dziwiło ją tak bardzo, ponieważ mieszkali kilka domów dalej. - "A może się przeprowadzili?" - zadała sobie to pytanie, ale nie znała na niej odpowiedzi.
- Co? Grzeszki wyszły na jaw? - zadrwił Draco, tym samym wyrywając ją z zamyślenia, w którym trwała od dłuższej chwili.
- Hmm... a żebyś wiedział! - wybuchnęła nagle. - Wyobraź sobie, że miałam romans z własnym bratem! - krzyknęła.
Choć słowo "romans" było zbyt mocnym określenie, kilka spotkań i pocałunków, chybanie można było nazwać mianem romansu, który prawie każdemu kojarzy się z namiętnymi, pełnymi pożądania pocałunkami i równie namiętnie spędzanymi nocami.
Wbiegła po schodach, po czym nie oglądając się ani na moment weszła do ich wspólnej sypialni z impetem trzaskając drzwiami. Choć tak na prawdę nie była na tyle wściekła, aby to miało jaki kolwiek sens, ale chciała po prostu jakoś odreagować, a że drzwi znalazły się pod ręką to jest to wina, tylko i wyłącznie architektów, którzy nie przewidzieli napadów złości domowników.
Usiadła na łóżku lecz prawie od razu wstała i rozebrała się, rzeczy układając na krześle. W drodze do łazienki natknęła się na lustro odbijające jej ciało w całej swej okazałości. Pomimo tego, że była już w czwartym miesiącu ciąży specjalnie to się nie uwidaczniało, żeby każdy mógł się tego domyślić przechodząc obok niej na ulicy.
Weszła do dużego, jak na swoje przeznaczenie, pomieszczenia, na którego środku stała wielka wanna, która spokojnie pomieściłaby cztery dorosłe osoby. Napuściła do niej niej wody, wzięła do ręki buteleczkę z gęstym zielonym płynem i jedną jego zakrętkę wlała do gorącej wody.
Rozłożyła się wygodnie w wannie. Przymknęła się w rozkoszy płynącej z zażycia gorącej kąpieli.
Nagle usłyszała bardzo dziwną melodię, ale jakże cudowną! Choć nigdy wcześniej jej nie słyszała, czuła wręcz odwrotnie, jakby znała ją od zawsze. Przez dłuższą chwilę wsłuchiwała się w kojące brzmienie. Podeszła powoli do okna, za którym było już prawie całkowicie ciemno, nic oddalonego więcej niż na sześć stóp nie było widać. Odwróciła się i prawie krzyknęła, kiedy na krawęzi wanny ujrzała sowę o czarnych piórach, w porę się jednak przed tym powstrzymała.
Podeszła do niej i pogłaskała ją po głowie, a ona zachukała cicho.
- Skąd się tu wzięłaś? - zastanowiła się na głos, przyglądając się jej zielonym tęczówkom.
Zdziwiło ją pojawienie się tej sówki, ponieważ nie miała do nóżki przywiązanego żadnego liściku, a poza tym był to gatunek bardzo rzadko spotykany w tych stronach Anglii.
- Ciągle próbowałem... ale nie umiałem o tobie zapomnieć.
Ptak powoli zmienił się w młodego, 19-letniego mężczyznę, zielonookiego o kruczoczarnych włosach, które jak zwykle niesfornie sterczały w różne strony. Oto stał przed nią nie kto inny, jak Harry Potter. Był wyższy niż go zapamiętała, kiedy widzieli się po raz ostatni na balu z okazji ukońcenia, teraz sięgała mu zaledwie do podbródka.
- Co ty tutaj robisz? - pisnęła szybko nakładając szlafrok.
- Musiałem się z tobą zobaczyć...
- Czyś ty zwariował?! Przecież to jest strasznie niebezpieczne! Dla nas obojga!
Milczał.
Hermiona próbowała się uspokoić, zebrać myśli. Chciała zapanować nad swoimi rozchwianymi uczuciami. Każde z nich chciało dojść do głosu, ale żadne z nich nie było na tyle rozsądne aby dopuścić je do głosu.
- Tyle czasu minęło... - jęknęła opierając się o ściane.
- Yhm - przytaknął.
W jej głowie odrzyły wspomnienia, które zagłuszała. Wspólnie spędzone chwile i przygody, przez które przechodzili przez 6 lat nauki w Hogwarcie od dawna nawiedzały ją tylko we śnie, ale teraz na pewno nie spała. On stał przed nią, myślała że już nic do niego nie czuje, teraz wie jak bardzo się myliła.
- O twoim ślubie dowiedziałem się od Natalie - przerwał krępującą ciszę.
- Żenisz się z nią? - wyparowała, nie zdąrzyła się w pore ugryść w język, i tak znała odpowiedź, a przynajmniej czuła jaka ona będzie.
- Tak - kiwnął powoli głową.
- To po co tu przyszedłeś?! Aby się chwię zabawić?! Wszystko o czym zapomniałam przypomnieć?! A potem znowu zniknąć, po raz kolejny pozostawiając po sobie pustkę w moim sercu?! - warknęła.
- Już ci mówiłem, że... - zaczął.
- A pomyślałeś o tym czego JA chcę?! Co JA czuję?! - pokiwał przecząco głową. - Jak śmiesz wchodzić w butach w moje i tak już pogmatwane życie?!
Po raz kolejny zapadło między nimi milczenie, głucho dźwięczące w uszach usilnie próbójąc przypomnieć, że istnieje coś takiego jak dźwięk.
- Lepiej wracaj do tej swojej Natalie - krzyknęła rozdzierając ciszę na miliony drobnych kawałeczków, cząsteczek niedostrzegalnych dla zwykłych śmiertelników.
- Ale ja jej nie kocham! Kocham ciebie!
- "To po co się z nią żeni, on przecież nie ma tak jak ja! On nie ma ojca, który mógłby narzucić mu swoją wolę!" - nie powiedziała tego na głos, to były tylko jej myśli, których zapewne nikt nie usłyszy, oprócz niej samej.
- Wielkie słowa! Tylko szkoda, że dopiero teraz to zauważyłeś! - prychnęła. - Bo widzisz... ja już ciebie nie kocham! Moja miłość do ciebie już dawno umarła - słowa płynęły gładko z jej ust i tylko ona wiedziała, że są one kłamstwem. Zresztą całe jej życie było jedną wielką fikcją.
Zamilkła.
Do ich uszu doszło ciche skrzypienie drzwi z sypialni, Hermiona od razu domyśliła się, że to DRaco.
- Idź i już nigdy nie wracaj - szepnęła.
Potter z powrotem przemienił się w czarną sówkę i szybko zniknął w mroku panującym za oknem.
- Co tak wrzeszczysz? - do pomieszczenia wszedł młody pan Malfoy.
- Ja? - udawała, że nie wie o co mu chodzi.
- Nie, ja! - odparł ironicznie. - Dobra, mniejsza o to... Ile jeszcze czasu masz zamiar spędzić w łazience?
- Już kończę - mruknęła odwracając się do nieg tyłem i sięgnęła po przezroczysty balsam stojący na umywalce. - Możesz wyjść? - odwróciła do niego głowę.
- A po co? - przybliżył się do niej.
Po całym jej ciele przebiegł dreszcz nieznanego do tej pory uczucia...
Podszedł do niej jeszcze bliżej, ręce niczym pnącza oplótł wokół jej talii, zaczął ją całować po szyi, po ramionach, z których powoli zsuwał szlafrok, po czym obrócił ją do siebie szybkim ruchem. Ich usta złączyły się na jedną długą chwilę, w jeszcze dłuższym od niej pocałunku. Zrzucił z niej zbędnął w tym momencie część garderoby, która wylądowała w wannie.
Weszli do sypialni, położył ją na miekkim materacu łóżka, rozebrał się i nachylił się nad nią. Kiedy udało im się na chwilę od siebie oderwać, jednym machnięciem różdżki zapalił wszystkie świece jakie były w pomieszczeniu, co nadało bardzo romantyczny nastrój. Powrócili do wcześniej przerwanej czynności, a już po chwili byli w wielkiej ekstazie.
Zasnęła wtulona w jego nagi (gładki) tors, a on jeszcze przez jakiś czasnie umiejąc zasnąć obejmował drobne ramiona dziewczyny.
=====================
WAŻNE!!! JEŚLI CHCESZ BYĆ POWIADOMIONY/NA O NOWEJ NOTCE PODAJ MI SWOJE GADU-GADU, ALBO NAPISZ NA MOJE 8865563 I PODAJ Z JAKIEGO BLOGA PISZESZ. TO JEST WYGODNE I DLA MNIE I DLA WAS, BO ŁATWIEJ I SZYBCIEJ POWIADOMIE WAS O NOWEJ NOTCE. A POZA TYM BĘDZIECIE MIELI PEWNOŚĆ, ŻE WAS NIE OMINĘ!!! DZIĘKUJĘ ZA UWAGĘ, POZDRÓFFKA!!! :*
komentarze [46]Rozdział III: Rozstanie >> wtorek, 23 sierpnia 2005 15:02:57
- Jasna cholera! - krzyknęła Hermiona przechadzając się po pokoju w tę i z powrotem.
Okres jej się spóźniał już tydzień, co jej się nigdy wcześniej nie zdarzało. Rozglądała się nerwowo po pomieszczeniu. Czuła się strasznie senna, że najchętniej walnęłaby się do łóżka i spała. Nie mogła uwierzyć w to jaki ją pech prześladuje, bo to nie możliwe, aby bez przyczyny spóźnił się jej okres o cały tydzień! Dwa dni jeszcze były do przyjęcia, ale nie to!
Ubrała szybko coś w czym mogła się pokazać na ulicy i wybiegła z domu. Wsiadła do swojego nowego auta i odjechała z piskiem opon spod domu. Zatrzymała się przy pierwszej aptece jaka się nawinęła.
- Poproszę test ciążowy - zwróciła się do farmaceutki.
- 5 funtów - odparła i podała jej pudełeczko.
Hermiona zapłaciła i tak samo szybko jak wyszła z domu, tak samo szybko się w nim znalazła spowrotem. Przeczytała instrukcję, w której zalecano go użyć rano, a było już południe, więc chyba trochę za późno. Odłożyła opakowanie do szawki z kosmetykami, których używa do porannej toalety, aby o nim nie zapomnieć.
***
- Cześć kochanie! - Draco uśmiechnął się złośliwie, na widok miny Hermiony, która jak zwykle się skrzywiła, kiedy ją tak nazywał.
- Cześć tatku! - przywitała się, a zrobiła to równie złośliwie jak on.
Pobladł na twarzy, kiedy dotarło do niego to co powiedziała, ale w trybie natychmiastowym się zreflektował, że na pewno robi sobie z niego żarty i teraz ma niezły ubaw widząc, że dał się nabrać, jak jakiś naiwny dzieciak.
- Nie żartuj ze mnie! - odparł chłodno, kiedy się opamiętał.
- Ależ ja sobie z nikogo nie żartuję - stwierdziła z powagą. - A tym bardziej nie śmiałabym żartować z mojego męża - dodała drwiąco.
- A co robisz teraz?! - zapytał z irytacją, nie dopuszczając do myśli, że to może być prawda.
- Mówię prawdę - prawie krzyknęła, ale w porę się opamiętała, aby tego nie zrobić, była wściekła, że jej nie wierzył.
- A jak to mogło się stać?! - przybrał ton oskarżycielski, co równie dobrze mogło zabrzmieć, jakby jej prosto w twarz powiedział, że się puściła.
- Myślisz, że jeszcze z kimś się przespałam?! - warknęła i omało się nie rozpłakała na tak oczywistą aluzję z jego strony.
- Ostatnio zauważyłem, że Miguel do nas często wpada - kolejna aluzja.
Łzy lały się strumieniem z jej oczu rozpryskując się na połyskujących panelach w salonie.
Może go i nie kochała, ale obojętnie kto by ją oskarżył o to, że się przespała z kimś obcym, zabolało by ją tak samo.
- Jak możesz mnie o coś takiego posądzać?! - wydarła się na całe gardło. - Może i nie chciałam za ciebie wychodzić, to ale nie oznacza, że chodzę z kimś innym do łóżka!
Odwróciła się na pięcie, wbiegła po schodach i weszła do pierwszej lepszej sypialni. Wezwała jednego skrzta z kuchni, aby przeniósł jej rzeczy i już po chwili cała szafa była nimi zapełniona.
Rzuciła się na łóżko, gdy tylko skrzat wyszedł. Płakała nie tylko z żalu do niego, ale także z wściekłości, najchętniej rozwaliłaby wszystko co było w tym pokoju, ale i tak po chwili czułaby się tak samo podle jak teraz. Więc leżała łkając na łóżku z każdą następnął chwilą uspokajając się, aż powoli zasnęła.
***
Miał wyżuty, że oskarżył ją o coś takiego. Co prawda Miguel wpadał często, ale zazwyczaj były to wizyty do niego. Nie miał podstaw, aby ją o co kolwiek posądzać. Ale on nie mógł inaczej.
Usiadł przed kominkiem rozmyślając o całym tym zdarzeniu, które miało swoje miejsce godzinę temu, ale miał wrażenie jakby to się zdarzyło dosłownie przed chwilą i cały czas słyszał jej wrzask i trzaśnięcie drzwiami. Jakby słuchał zaciętej płyty.
Rozsiadł się jeszcze bardziej na kanapie, ale czując zbliżający się sen wstał i udał się do sypialni, w której nikogo nie zastał, a co gorsza jej ubrań też tam nie było. Od razu się zorientował, że tak szybko nie da się ugłaskać.
***
Następnego dnia z samego rana zrobiła sobie test, który kupiła sobie dzień wcześniej. Ale nie umiała na niego spojrzeć, była pewna na 99%, że wynik będzie pozytywny, a co za tym idzie, że jest w ciąży. Już drugą godzinę spoglądała nerwowo na test, który leżał na umywalce. Po raz setny czytała ulotkę, która była w środku. 'Uzyskasz pewność w 98%' - ten napis ją najbardziej przerażał, miała tylko 2% szansy, aby wynik okazał się błędny, ale jak na razie to niewiedziała jaki jest w ogóle.
Mijała już trzecia godzina, kiedy wreszcie się przemogła i wzięła go do ręki, ale z zamkniętymi oczami. Otwarła najpierw prawe oko, a zaraz po nim lewe. Gdy zobaczyła pomyślała, że zaraz zemdleje. Udała się do sypialni, usiadła na łóżku i ponownie na niego spojrzała, czy aby się nie pomyliła. Wynik był pozytywny, ale nie dla niej.
Wiedziała, że sama nie wytrzyma, więc skreśliła kilka zdań na świstku pergaminu, który leżał na jej biurku.
Drogi Miguelu,
wiem, że nie powinniśmy się kontaktować, ale nie mogę wytrzymać. Wczoraj pokłóciłam się z Draciem, a teraz nie mam z kim zamienić słowa. Wiem, że to głupi powód, ale jesteś jedyną osobą, której mogę teraz zaufać. W ogóle oprócz ciebie nie mam nikogo i teraz na prawdę bardzo cię potrzebuję.
Hermina M.
Nie napisała pełnego nazwiska. Zrobiła to naumyślnie, ale nawet nie wiedziała dlaczego. Przywiązała liścik do nóżki swojej sowy, która szybko zniknęła w oddali. Po godzinie wróciła z odpowiedzią od niego.
Kochana Hermiono,
to wcale nie jest głupi powód! Oczywiście rozumiem, że chcesz się spotkać, proponuję jutro o 12h, pasuje ci ta godzina? A miejsce ty wybierz. Mam nadzieję, że spędzimy razem miłe południe.
Miguel S.
Ucieszyła się, że się zgodził, ale wiedziała, że wkrótce będzie musiała ponieść kosekwencje swojej decyzji i powiedzieć mu o ciąży.
Mi ta godzina odpowiada jak najbardziej. Proponuję kawiarnię na Pokątnej, 'Milagros', wiesz gdzie ona jest? Niedawno ją otwarli i słyszałam, że jest tam cudownie, ale nigdy nie miałam okazji z kimś się do niej wybrać. Zgadzasz się?
Hermiona
A więc godzina 12 w kawiarni 'Milagros'. Wiem gdzie jest, bo już raz tam byłem i rzeczywiście jest tak świetna jak mówią. Do zobaczenia jutro.
Miguel
***
Dwa tygodnie później dalej się nie odzywała do Dracona, a tym bardziej nie miała zamiaru wprowadzić się spowrotem do jednej sypialni i aby znowu nie zaskoczył jej tym, że sam się do niej przeniesie zabezpieczyła pokój specjalnym zaklęciem, że tylko ona miała do niego wstęp lub gdy była w pokoju i zgodziła się, aby ta osoba weszła.
Chwilami miała ochotę do niego zagadnąć, bo w końcu był jedyną osobą, która z nią mieszka, ale w porę się opamiętywała przypominając sobie o co ją oskarżył i jak bardzo ją to zabolało.
Miguel do niej wpadał prawie codziennie od kąd napisała do niego list i się umówili w kawiarni, tylko że teraz spotykali się u niej w domu, w jej sypialni. Draco mógł tylko obserwować, jak dwoje kochanków ginie za drzwiami i nic nie może na to poradzić.
No jasne, że może, ale jeśli by to zrobił znienawidziłaby go jeszcze bardziej. Mógłby na przykład stoczyć niespodziewaną walke ze swoim konkurentem, w której tamten oczywiście by zginął, ale niedość, że za coś takiego nie miał by już u niej szans to jeszcze była taka możliwość, że trafiłby do Azkabanu, w którym pozostali niektórzy dementorzy po stronie 'dobra', ale nikt nie wiedział dlaczego.
Właśnie na dzisiaj się umówiła się z Miguelem, więc gdy usłyszała pukanie do drzwi pokoju automatycznie odpowiedziała:
- Proszę!
Od razu pożałowała, że najpierw nie spojrzała kto to jest. Był to oczywiście Draco.
- Wyjdź! - warknęła, gdy ten podchodził do niej coraz bliżej.
- Nie! - odparł spokojnie.
Spojrzała na niego spanikowana, wiedząc do czego zmierza. Objął ją rękami w pasie, tak mocno, że nie umiała się z tego uścisku wydostać. Zaczął ją całować, a wraz z mijającym czasem odwzajemniała te pocałunki. Po chwili całkowicie nadzy wylądowali na jej łóżku.
- Przepraszam - jako pierwszy przerwał ciszę panującą między nimi.
Spojrzała w jego zimne oczy, które nic nie wyrażały. Po raz pierwszy usłyszała od niego te słowo, zastanawiała się czy kiedy kolwiek kogoś przeprosił. Przytulił ją mocno, gdy nagle rozległo się pukanie do drzwi.
- To Miguel - pisnęła prawie bez głośnie.
- I co z tego? - zapytał obojętnym tonem.
Podniosła się gwałtownie z łóżka, że nawet nie zdążył zareagować. Ubrała się w mgnieniu oka i wyszła z pokoju zostawiając go samego.
- Cześć - pocałowali się, a ona poczuła wyżuty sumienia i poczuła się jakby się naprawdę puszczała.
Ma męża, a wkrótce także i dziecko, a całuje się z innym mężczyzną. Miguel nawet jeszcze nie wie, że ona jest w ciąży. Nie mogła znieść dręczących ją wyżutów sumienia, ale bała się mu wszystko wyznać.
- Jak się masz? - zapytał uśmiechając się, nie wyczówając nastroju dziewczyny.
- Jakoś leci... - mruknęła unikając jego wzroku. - A co u ciebie?
- Jakoś leci... - zaśmiał się.
- Muszę ci coś powiedzieć... - zaczęła.
- Co? - próbował złapać jej spojrzenie, ale ona konsekwentnie go unikała.
- Yyy... ja... - jąkała się.
- O co ci chodzi? - zapytał z troską w głosie.
- Nie wiem jak ci to powiedzieć... - mruknęła cicho.
- Wal śmiało! - uśmiechnął sie do niej na zachętę.
- Chodzi o to, że pogodziłam się z moim mężem.
- I tylko o to ci chodzi? - zaśmiał się.
- "Gdybyś wiedział w jaki sposób" - pomyślała, ale nie wyraziła tego na głos. - Nie tylko o to - bąkneła.
- To o co? - już się niecierpliwił tą zabawą w kotka i myszkę, też miał jej coś do powiedzenia.
- Jajestemznimwciąży - wypowiedziała te słowa jednym tchem.
- Co jesteś? - nie zrozumiał.
- Jajestemznimwciąży - powtórzyła z prędkością karabinu maszynowego, i tak samo jak wcześniej, jednym tchem.
- Wybacz, ale ja nadal nie wiem o co ci chodzi - mruknął niepewnym głosem, bo ostatnio miała swoje humorki. - Powtórz wolniej.
- Ja-jes-tem-z-nim-w-cią-ży! - zasylabowała.
Popatrzył na nią jakby w niego piorun strzelił. Wiedział, że ma męża i w końcu się dowie, że zaszła z nim w ciążę, ale miał cichą nadzieję, że to się nie stanie szybko.
- Czy ja dobrze zrozumiałem? Ty jesteś z nim w ciąży? - postanowił się upewnić, czy dobrze zrozumiał. Kiwnęła tylko głową, bo nie była w stanie wypowiedzieć żadnego słowa.
- To właśnie wtedy o to poszło - mruknęła, kiedy w końcu odzyskała głos.
- Myślałem, że jeszcze nas coś łączy... nie tylko przyjaźń, ale... - nie umiał wypowiedzieć tego słowa na głos, więc je pominął.
- Bo tak jest! - przerwała mu zanim zdążył coś dodać.
- To dlaczego?
- Draco jest przecież moim mężem... zresztą ty zaniedługo będziesz miał żonę, więc o co ci chodzi?
- A może byśmy razem, gdzieś uciekli? Skrylibyśmy się gdzieś i nikt by nas nie znalazł... - klęknął przed nią.
- Miguel! To jest nie możliwe! Czyżbyś zapomniał, że moim ojcem jest Voldemort?! Przecież on nas wszędzie znajdzie!
- To chyba nie mam już czego tutaj szukać? - mruknął posępnie.
- Myślę... że powinniśmy się przestać widywać - odwróciła wzrok i zauważyła, że Draco przygląda się całej sytuacji, ale widziała go tylko przez sekundę, więc nie wiedziała, czy się z tego śmieje, czy jest mu to obojętne.
- No więc... Do widzenia, pani Malfoy - zmienił się nie do poznania, powiedział to tak jakby się w ogóle nie znali.
Wstał i wyszedł. Wiedziała, że jest mało prawdopodobne to, iż kiedyś się spotkają, żeby normalnie porozmawiać, jak starzy znajomi. To już skończone.
Miguel miał nadzieję, że go zatrzyma, że się pocałują i oboje zapomną o tym co było chwilę temu... ale tego nie zrobiła. Zanim wsiadł do samochodu po raz ostatni spojrzał na dom swojej ukochanej.
Prawie od razu zdał sobie sprawę, że jak nie dzisiaj, to za kilka dni rozstaliby się w nie mniej posępnym nastroju, ponieważ razem z Margarett, swoją nażeczoną wyjeżdżają do Hiszpani, aby tam wziąść ślub i... bardzo prawdopodobne... zostać tam na stałe.
Naszła go ochota, aby wrócić i to wszystko powiedzieć, a nawet przeprosić za swoje zachowanie, ale nie odważył się na taki krok, tylko nacisnął pedał gazu i odjechał.
Po chwili zniknął za zakrętem, a po nim pozostały jej tylko wspomnienia i kilka zdjęć leżących gdzieś w jej biurku.
Odeszła od okna, była pewna, że dobrze zrobiła mówiąc mu o tym dzisiaj, a nie później. Coraz gorzej się przez to czuła, ale teraz czuła się jeszcze gorzej.
Draco przyglądał się temu wszystkiemu z ukrycia i w milczeniu. Nie był też pewien, czy powinien coś zrobić, kiedy siedziała przy oknie martwym wzrokim przez nie wyglądając. Jednak po ciuchu się cieszył z takiego obrotu sprawy, bo teraz on będzie miał szansę jakoś ją do siebie przekonać, ale wiedział też, że nie będzie to takie łatwe...
komentarze [30]Rozdiał II: Państwo Malfoy >> czwartek, 30 czerwca 2005 15:09:34
Kolejny rozdział, mam nadzieję, że się wam spodoba. No co ja będę pisać, może tylko to, że chciałabym was prosić o komenty, których jak na początek jest i tak bardzo dużo i za to bardzo wam dziękuję.
=====================================
Dla tych, których uważała za przyjaciół wystarczyła tylko jedna zmiana w jej życiu, aby mijając ją na korytarzu patrzeć na nią z pogardą, jakby to była jej wina, że jest jego córką, rodziny się nie wybiera, a jednak inni chyba myśleli inaczej. Dwa tygodnie po jej próbie samobójstwa w jeziorze odzyskała wreszcie w pełni wzrok i mogła się sama poruszać po zamku, a nie z czyjąś pomocą.
Teraz siedziała przed kominkiem w swoim przyszłym domu przeglądając album z czasów, kiedy jeszcze się przyjaźniła z Harrym i Ronem, spojrzała na jedno ze zdjęć, z którego machała do niej trójka uśmiechniętych przyjaciół. Chętnie by wróciła do tamtych czasów, ale nie mogła.
- Cześć kochanie! - usłyszała głos, który już zdążyła dobrze poznać.
- Nie nazywaj mnie tak! - odparła odwracając się do blondyna.
- Zacznij się przyzwyczajać... jutro jest nasz ślub! - uśmiechną się złośliwie.
- Nie musisz mi tego przypominać! Już i tak jestem wystarczająco zdołowana tym faktem! - warknęła i wyszła z salonu, udając się do swojej sypialni.
Usiadła przy biurku, na którym stało zdjęcie przytulającej się pary, a dokładnie jej i Miguela. Gdy tylko pogodziła się z myślą iż już nigdy nie będzie z Harrym, swoje uczucia uczucia znowu źle ulokowała, bo choć nawzajem się kochali, nie mieli wspólnej przyszłości. Ona musi wyjść za mąż za Dracona, a on za inną, którą wybrali dla niego rodzice. Bo tak już w świecie magii bywa, że niektórzy rodzice wybierają swoim dziciom przyszłych małżonków, czy im się to podoba, czy nie. Ona miała przynajmniej to szczęście, że Malfoy był przystojny, ale za to Miguel nie miał już tyle szczęścia, bo jego przyszła żona nie grzeszyła urodą, ale za to była miła i bardzo zdolna.
Hermiona spojrzała krytycznie w swoje odbicie w lustrze, zobaczyła w niej średniego wzrostu osiemnastoletnią dziewczynę. Jej błyszczące brązowe loki opadały lekko na jej ramiona. Oczy bursztynowe. Jednym słowem nic się nie zmieniła przez ostatni rok, tylko była starsza, czego i tak nie było zbytnio poznać. Zawsze jej coś w jej wyglądzie nie pasowało, tym razem widziała jakąś niewidzialną fałdę tłuszu i tak samo niewidzialnego pryszcza na nosie. W krytykowaniu swojej osoby była miszczynią, ale żadna jej krytyka nie pokrywała się z rzeczywistością.
***
- Madamme... Madamme - usłyszała skrzek obok swojego ucha. - Madamme, proszę wstać.
- Nie chce mi się! - odparła i obróciła się na drugi bok.
Chciała się jeszcze bardziej przykryć kołdrą, ale nigdzie nie umiała jej wymacać.
- Oddawaj mi kołdrę - wydarła się na skrzata, który skulił się gdzieś w kącie.
- A-ale sir Malfoy kazał panią obudzić - wydukał przerażony.
- A co mu do tego?! - ale po chwili zorientowała się, że nie chce tego słyszeć. - Nie mów! - dodała.
- M-madamme Recoin (czyt. reką) czeka na panią w salonie - powiedział, po czym pośpiesznie wyszedł w obawie, że znowu zostanie skrzyczany.
Spojrzała na zegar wiszący na ścianie, którego wskazówki wsakzywały godzinę siódmą. Ubrała się w jakiś porozciągany dres, który leżał na dnie szafy i o którym zdążyła już dawno zapomnieć. Zeszła na dół do salonu, w którym czekała na nią młoda kobieta o blond włosach upiętych w gustowny kok.
- Dzień dobry! - przywitała się Hermiona.
- Dzień dobry! - odparła tamta.
- Może pani poczekać, bo chciałabym zjejść śniadanie - mruknęła dziewczyna wskazując na stół.
- Ależ oczywiście - kobieta uśmiechnęła się prominnie. - Zaraz przyjdą moje koleżanki, jedna z nich ma panią umalować, a druga będzie pani pomagała w założeniu i ułożeniu sukni, a ja zajmę się fryzurą - zaszczebiotała.
- Aha... - mruknęła niezbyt entuzjastycznie Hermiona.
- Co tak mało entuzjazmu?! - nic nie umknęło jej uwadze. - Ślub to jedeno z najważniejszych wydarzeń dla kobiety - mówiła dalej, a panna Riddle tylko jej słuchała.
Po chwili do domu weszły jeszcze dwie kobiety, mniej więcej w wieku tej, która rozgadała się już na dobre, jedna z nich była szatynką, a druga brunetką.
- Dzień dobry pani Hermiono! - zawołały, obie były obładowane skrzynkami.
Nikt nie zwracał się do niej po nazwisku, które wzbudzało w wielu lęk, nawet śmierciożercy się tak do niej nie zwracali. Tylko Dracon tak do niej mówił, ale to było dawno, bo teraz robi jej na złość zwracając się do niej zdrobniale, np. kotku, kochanie itp.
Przedstawiła obie kobiety, pani Mortel oraz Desirer.
- Gdzie jest pani sypialnia?
- Na pierwszym piętrze - odparła i tam się udały.
***
O godzinie dziesiątej stała już gotowa przed lustrem, trzy kobiety podziwiały swoje dzieło. Suknia była prosta, a duża jej część ciągnęła się po podłodze, na rękach miała rękawiczki, które sięgały do 3/4 ręki. Włosy miała zaplecione w jakiś dziwny warkocz, który w ogóle nie przypominał takiego zwykłego, a w niego były starannie wplecione małe białe różyczki. Oczy miała pomalowane jasnyo-brązowym cieniem i czarną maskarą, usta połyskiwały perłowym błyszczykiem, a policzki były delikatnie zaznaczone różem i obsypane brokatem. Krótko mówiąc wyglądała olśniewająco, ale jej się nie podobało, zresztą jej nic się nie podobało co było związane z tym ślubem.
- Chce zostać sama - stwierdziła.
Wyszły, a ona usiadła na łóżku i ledwo się powstrzymywała, aby się nie rozpłakać, nie chciała rozmazać sobie makijażu, a tym samym wyglądać jak jakaś wiedźma. Opadła na łóżko i przymknęła oczy, aby chociaż na chwilę oderwać się od tej nużącej rzeczywistości.
Ktoś złożył na jej ustach namiętny pocałunek. I już chciała się na tę osobę wydzierać, ale kiedy zobaczyła, że to nie Malfoy powstrzymała się. Bowiem tą osobą był chłopak, którego kochała, a mianowicie Miguel.
- Co ty tutaj robisz? - szepnęła.
- Chciałem cię ten ostatni raz pocałować - odparł patrząc na nią z nieukrywanym pożądaniem.
- Myślałam, że już cię nie zobaczę - po jej policzku spłynęła mimowolna łza, która zakreśliła ścieżkę na jej gładkiej skórze.
- Ja też, ale Draco zaprosił mnie na ślub - odparł.
- Przecież on wie... - przerwał jej pocałunkiem.
- Jest coś jeszcze... prawie wszyscy śmierciożercy będą.
- Że co?!
- Tak zadecydowali.
- O kurwa!
- Kto będzie twoim świadkiem? - zapytał.
- Parkinson - powiedziała krzywiąc się. - Ale nie wiem kto będzie od Draca - dodała.
- Ja.
- Ile jeszcze niespodzianek mnie dzisiaj czeka - opadła na łóżko.
- Ja już muszę lecieć, bo nie mogę się spóźnić - jeszcze jeden pocałunek... pożegnalny.
Wymknął się tak, aby nikt go nie zauważył, że był u niej po czym odjechał swoim autem z piskiem opon.
- Proszę wychodzić, jedziemy do kościoła! - zza drzwi dobiegł męski głos, który należał do szofera, który miał ją zawieść.
- Już idę! - odparła.
Sprawdziła tylko, czy makijaż się jej nie rozmazał, wzięła mikroskopijną torebkę i wyszła. Zeszła na dół po schodach, po czym wyszła przez drzwi frontowe i wsiadła do auta. Wszystko to trwało zaledwie kilka minut, które dla niej zdawały się być wiecznością. Siedząc w luksusowej limuzynie, patrzała przez okno. Delikatnie zsunęła prawą rękawiczkę, pod którą znajdował się mroczny znak wypalony w jej skórze, ale on był inny od tych co mieli śmierciożercy, oprócz czaszki z wężem były także jej inicjały H.R., które za niespełna godzinę zaminią się na H.M.
Kiedy dotarli na miejsce, wysiadła z samochodu z pomocą szofera, przed kościołem nikogo nie było, wszyscy czekali już na nią w jego wnętrzu. Weszła do środka i usłyszała marsz weselny, ale jak dla niej mogli zagrać marsz żałobny, który o wiele bardziej pasowałby do jej nastroju, czuła się jakby jakaś jej cząstka umierała. Szła, oczy wszystkich zebranych były zwrócone w jej stronę. Wiek minął zanim dotarła do ołtarza i usłyszała pierwsze słowa księdza, który miał złączyć ich węzłem małżeńskim do śmierci. Samotna łza spłynęła po jej policzku i szybko skończyła swój żywot spadając na jej suknię.
- Co? Aż tak się wzruszyłaś - Dracon zadrwił tak cicho, że tylko ona to ułyszała.
- Zebraliśmy się tu po to, aby połączyć związkiem małżeńskim tych dwojga... - zaczą ksiądz.
Po jakiś 5 minutach.
- Hermiono Jane Riddle czy z własnej nie przymuszonej woli bierzesz tego oto mężczyznę Dracona Lucjusza Malfoya za męża i ślubujesz mu... - ksiądz wypowiadał te słowa, a do niej docierały one z opóźnieniem.
- Tak - odpowiedziała, gdy tylko ten skończył mówić.
- Draconie Lucjuszu Malfoy... - te same słowa.
- Tak - odpowiedział.
Z jej oczu popłynął strumień łez, które spływały po jej sztucznie zaróżowionych policzkach. Mimo swojego podłego nastroju próbowała się uśmiechnąć, aby ksiądz się niczego nie domyślił. A łzy wraz z tym uśmiechem wyglądały jakby się wzruszyła.
Spojrzała na stojącego obok siebie blondyna, który uśmiechał się drwiąco i rozglądał.
- Proszę świadka o podanie obrączek.
Podszedł do nich Miguel z miną nie wyrażającą żadnych uczuć, może tylko znudzenie całą tą uroczystością.
- Ja Hermiona Jane Riddle... - kolejna przysięga, którą musiała powtórzyć, wymawiała jej słowa nakładając mu na palec złotą obrączkę.
Na chwilę zapadła cisza, w której było słychać miarowe oddechy zebranych.
- Ja Dracon Lucjusz Malfoy - teraz to blondyn wymawiał słowa przysięgi, nakłsdając na jej palec piękną obrączkę z białego złota z brylantem.
- Od teraz jesteście mężem i żoną! Na znak łączącej was więzi możecie się pocałować! - ogłosił na sam koniec.
Chcąc, nie chcąc musiała go pocałować, co on przyjął z satysfakcją, bo od dawna nie miał ku temu okazji, zmusić się jej też nie dało, bo od razu uciekała do swojej sypialni. Nawet z jakąś inną dziewczyną się nie dało, bo choć ani on, ani Hermiona nie rozgłaszali, że biorą ślub to wszystkie dziewczyny dowiedziały się o nim.
Teraz nie miała gdzie uciec, a przede wszystkim nie mogła, bo wyglądałoby to strasznie głupio i zrobiłaby z siebie pośmiewisko, czego bardzo nie chciała. Martwiło ją tylko jedno, że nie będzie się miała jak wybronić przed całkowitym zbliżeniem ze swoim (już) mężem.
Wyszli z kościoła i wszyscy powsiadali do swoich samochodów i cały ich korowód odjechał w stronę posiadłości państwa młodych z nimi na czele w limuzynie.
Na miejscu wszystko było już gotowe, całe tłumy obległy ogród przed domem. Gdyby teraz zjawił się Zakon Feniksa na pewno rozpętałaby się wojna.
***
Następnego dnia obudziła się ze strasznym bólem głowy i jedną myślą: "Pić!". Miała po prostu kaca po wczorajszej imprezie, na której wypiła dużo za dużo napojów alkocholowych, a która się skończyła o piątej godzinie nad ranem. Po chwili stwierdziła z przerażeniem, że nie jest w swojej sypialni, a w dodatku była całkowicie goła. Odwróciła się na drugi bok i potwiedziły się jej najgorsze przypuszczenia. Zobaczyła także nagiego chłopaka o blond włosach, z którym musiała się najwyraźniej przespać tej nocy. W ogóle trzeba wspomnieć, że z tej imprezy ulotnili się o wiele wcześniej niż inni.
Złapała się za głowę, która pękała jej z bólu, wstała i podeszła do biurka, na którym stał dzban wody. Wypiła już prawie połowę, gdy usłyszała jego głos.
- Kacyk męczy? - zaśmiał się złośliwie.
Nic nie odpowiedziała.
- Jak ci się podobało? Chyba wiesz o co mi chodzi... - spojrzał w jej oczy próbójąc wyczytać z nich odpowiedź.
- Szczerze mówiąc to prawie nic nie pamiętam - na to pytanie postanowiła odpowiedzieć. - A tobie? - zapytała, coć odpowiedź nie zbyt ją interesowała.
- Hmm... nie narzekam - odpowiedział tajemniczo.
- Możesz bardziej sprecyzowaćodpowiedź? - jednak ją trochę to zaiteresowało.
- Niby jak? Mam opisywać szczegóły - uśmiechnął się złośliwie.
- Eh, nie chce mi się z tobą gadać - mruknęła. - Idę stąd - dodała i podeszła do drzwi.
- Goście będą na pewno zadowoleni z darmowego strptizu... rzecz jasna mówię o płci męskiej - znowu zaśmiał się złośliwie.
Dopiero w tej chwili zorientowała się, że jest całkowicie naga.
- Gdzie są moje ubrania? - zapytała siląc się na spokój.
- Nie wiem.
- To wezmę sobie coś od ciebie - bardziej stwierdziła niż zapytała.
- Tam nic nie ma - odparł obojętnym tonem.
- To gdzie ty masz swoje ubrania?!
- W naszej sypialni - odpowiedział, a ona nie zwróciła jakiego zaimka użyła.
- To my nie jesteśmy w twojej sypialni?!
- No, już nie...
- Jak to "już nie"? - przerwała mu.
- Bo jeszcze wczoraj to była moja sypialnia, ale kazałem skrzatom wszystkie moje rzeczy przenieść do twojej... - powiedział - oh, przepraszam... naszej sypialni - dodał po chwili namysłu.
- A co jeśli ja się nie zgodzę?! - zaprotestowała.
- Już nie masz nic do powiedzenia - odparł przymykając oczy, bo do pokoju wdarło się strasznie jasne światło porannego słońca, a on rzecz jasna miał kaca, choć nie dał tego po sobie poznać.
- Ty to masz tupet! - warknęła i wróciła na swoje miejsce przy biurku.
- Czemu się nie położysz? - wskazał gestem na miejsce, gdzie jeszcze ponad pół godziny temu spała.
- Bo mi się nie chce! - odparła i usiadła na krześle. - Skąd teraz weźmiemy ciuchy?! - jęknęła po przedłużającej się chwili ciszy.
- Ty się mnie pytasz?
- A kogo mam się pytać?
- No, na pewno nie mnie...
Nawet różdżki nie miała, bo wtedy mogłaby użyć bardzo prostego zaklęcia przywołującego i byłoby po sprawie, ale zawsze gdy coś jest bardzo potrzebne tego nie ma.
- Masz różdżkę? - zapytała w końcu.
- Mam w kieszeni spodni, które zapewne leżą w szafie w naszej sypialni.
- To będziemy musieli cały dzień spędzić w tym pokoju? - zapytała ze słyszalną rozpaczą w głosie.
- Na to wygląda - odparł z zadowoleniem. - To może jednak się położysz, bo się jeszcze przeziębisz - dodał nazbyt uprzejmym tonem, że od razu wiedziała o co mu chodzi.
Rozpatrzyła wszystkie "za" i "przeciw" i ku jej rozpaczy więcej było "za", co prawda nie musiała się tym kierować, ale perspektywa przeziębienia, kiedy mieli pojechać na miesiąc miodowy na Hawaje, nie była zbyt kusząca. Podeszła do łóżka i szybko wskoczyła pod kołdrę. Nagle jej się przypomniało, że ma kaca i głowa jak na zawołanie zaczęła ją znowu boleć, choć ból był nie do wytrzymania nie dała tego po sobie poznać i robiła dobrą minę do złej gry.
Spojrzała na chłopaka leżącego obok niej, który obserwował ją kątem oka, ale ona tego nie widziała. Po krótkiej chwili przysunął się do niej, po czym delikatnie musnął ustami o jej usta, zchodził coraz niżej, a ona dostawała gęsiej skórki i z każdym kolejnym pocałunkiem było jej coraz przyjemniej. Najbardziej zdziwiło go to, że ani razu nie zaprotestowała, wręcz przeciwnie, sama go do dalszej zabawy zachęcała. Mruczała jak kotka z rozkoszy, co chwila wpatrując w jego stalowo niebieskie oczy, od których wiało chłodem. Już po raz drugi w ciągu ostatnich 12h ich ciała stały się jednym. A może już po raz któryś? Zadała sobie to pytanie, bo nie była do końca pewna, czy tej nocy dali sobie spokój po jednym razie.
Przechodzących pod ich pokojem intrygowały jęki, które dochodziły zza szczelnie zamkniętych drzwi, ale na szczęście nikt nie skusił się, aby zapukać i im przerwać, bo wiedzieli, że i tak zresztą nie przejmą się nawet natarczywym pukaniem.
***
Pokój opuścili dopiero wieczorem, kiedy uzyskali pewność, że oprócz nich w tym domu są tylko i wyłącznie skrzaty, które i tak nie wychodziły z kuchni, ponieważ zbliżała się pora kolacji i trzeba było przygotować coś specjalnego, choć gości już nie było.
Szybko udali się do drugiej sypialni, gdzie mogli się wreszcie ubrać. Hermiona znowu przybrała poze niedostępnej i nie pozwoliła mu się nawwet objąć, co go strasznie zirytowało.
- Ty jesteś jakać dziwna - stwierdził, gdy zasiedli przy stole, a ta usiadła na najdalszym jego końcu od niego.
- A niby czemu?
- Pomyśl! Najpierw idziesz ze mną do łóżka, a potem nawet objąć się nie dasz! - odparł z wyrzutem.
- I co w tym dziwnego?! - dalej nie rozumiała o co mu chodzi, albo tylko udawała.
- To, że jesteśmy małżeństwem,
- No wiesz, ja tego ślubu nie chciałam... - prychnęła.
- ... ale ojcu się nie sprzeciwia - dokończył za nią.
Musiał przyznać sam przed sobą, że się w niej zakochał. Nie wtedy, gdy dowiedział się, że jest czystej krwi czarownicą, w dodatku córką Voldemorta. Zaczęła mu się podobać już w szóstej klasie kiedy ją zobaczył na peronie King Cross 9 i 3/4, kiedy wsiadali do pociągu w celu zaczęcia nowego roku nauki. Wtedy tego nie rozumiał i wmawiał sobie, że to nie może być prawdą, więc ukrywał to skrycie upokarzając ją jeszcze bardziej, wymyślając nowe wyzwiska. Pociągało go w niej to, że była właśnie taka niedostępna, każda inna dziewczyna, gdy tylko raz ją pocałował rzucała mu się na szyję i zrobiłaby dla niego wszystko, ale nie Hermiona, która w ogóle nie zwracała na niego uwagi, co go jeszcze bardziej do niej ciągnęło.
komentarze [15]Rozdział I: Nowa tożsamość cz.2 >> środa, 22 czerwca 2005 11:00:32
Nadszedł czas na drugą część tego rozdziału, za niedługo będzie na prawdę niezła akcja (przynajmniej tak mi sie wydaje).
================================
Rozdział I: Nowa tożsamość
Przyglądała się ślizgonowi dłuższą chwilę rozmyślając co teraz będzie, czy rzeczywiście będzie zmuszona wyjść za niego za mąż, za człowieka, którego nie kocha! Po chwili zauważyła, że on też jej się przygląda, co ją bardzo speszyło, więc odwróciła wzrok, a na twarzy Dracona pojawił się wyraz triumfu.
- To może to uczcimy - zaproponował.
- Tobie to nie przeszkadza? - zapytała z niedowierzaniem.
- Co?
- Oh, nie udawaj, że nie wiesz o co mi chodzi! - wrzasnęła.
Zaczął się jej przyglądać niemal rozbierając ją wzrokiem, z góry na dołu i spowrotem, spojrzał w jej orzechowe oczy, w których było widać zniecierpliwienie, ale także i obawę, na co chłopak się uśmiechnął z nieukrywaną satysfakcją.
- Wiesz... - zaczął chodzić do okoła niej - mi to jest całkowicie na rękę - wymruczał jej do ucha, a przez jej ciało przebiegł mimo wolny dreszcz podniecenia.
- Że co?! - odskoczyła od niego.
- No... jest wiele powodów.
- Wymień chociaż jeden!
- Hmm... - podszedł do niej bliżej, a ona o taką samą odległość się odsunęła - proste! Jesteś córką najpotężniejszego czarnoksiężnika - znowu podszedł do niej kilka kroków, a ona chcąc się cofnąć poczuła, że jest już pod samą ścianą.
- Ale mi powód! - prychnęła.
Spojrzała na niego z przerażeniem w oczach, bo nigdy nie wiadomo do czego on jest zdolny, a on podszedł jeszcze bliżej, że mógł zliczyć ilość piegów na jej nosie, których i tak miała niewiele.
Czuła jego oddech, miarowy, spokojny... w przeciwieństwie do niej, jej oddech był przyśpieszony i płytki, a serce jej biło jakby chciało się wydostać na zewnątrz. Zrobiło jej się strasznie duszno, że najchętniej, by wyszła na błonie, na których padał właśnie deszcz. Zakęrciło jej się w głowie, ale nie zemdlała, stała dalej przed nim i próbowała się uspokoić.
Zaczął ją całować, najpierw w usta, potem w szyję i choć z początku się przed tym broniła, wyrywała to już po pół godziny nie miała na to siły, więc się poddała, a on napawał się chwilami, jak czuł, że jej ciało drży... z podniecenia? ... strachu? Tego nie wiedział. Zaczął ją rozbierać na co ona początkowo pozwalała, ale po chili ocknęła się tak jakby wcześniej zapadła w jakiś trans.
- Co ty wyprawiasz?! - krzyknęła, gdy ten usiłował jej ściągnąć stanik. - Wychodź! - ryknęła.
- A co mi zrobisz, jak nie wyjdę? - spojrzał na nią przenikliwie, ale tym razem się nie speszyła.
- Hmm... a jak myślisz, jak zareaguje mój, albo twój ojciec? - tym razem to ona do niego podeszła i dźgnęła go palcem w umięśnioną klatkę piersiową. - No właśnie! - krzyknęła z triumfem widząc jego minę. - Więc proszę cię grzecznie abyś wyszedł - otwarła drzwi nie zwarzając na to, że była w samej bieliźnie.
- Jeszcze będziemy mieli na to czas - rzucił obojętnym tonem, gdy wychodził.
Ślizgonka zamknęła za nim drzwi i zaczęła się ubierać w ubrania, które były porozwalone dookoła kanapy. Spojrzała na zegarek i jęknęła, gdy zauważyła, że już dawno minęła pora obiadowa, a do kolacji jeszcze dużo czasu. Nie miała co robić, bo skoro nie było żadnych lekcji to nikt nie miała jak zadać im zadanie domowe, a do Harry'ego i Rona nie pójdzie po tym jak ją potraktował Potter i zgasił w niej całą nadzieję, że będzie tak jak dawniej. Położyła się na kanapie i powróciła do swoich rozmyślań co teraz będzie i czy jeszcze kiedykolwiek będzie szczęśliwa.
***
Wieczorem, gdy weszła do swojej sypialni na łóżku leżała gazeta, która prawdopodobnie leżała tam od rana, bo normalnie otrzymała by ją przy śniadaniu, kiedy przylatuje sowia poczta, ale wtedy nie było jej na Wielkiej Sali. Rozwinęła ją, a na pierwszej stronie widniało jej wielkie zdjęcie z Tiarą na głowie do tego opatrzone nagłówkiem:
HERMIONA GRANGER CÓRKĄ SAMI-WIECIE-KOGO!!!
Nie tak dawno, bo wczoraj wieczorem okazało się, że najlepsza uczennica Hogwartu, Hermiona Granger, jest córką wielkiego czarnoksiężnika Sami-Wiecie-Kogo, czyli od teraz nazywa się Hermiona Riddle. Wszyscy się o tym dowiedzieli, gdy wczoraj z niewyjaśnionych powodów ponownie założyła przy całej szkole Tiarę Przydziału, która właśnie to stwierdziła. Gdy zostało to ogłoszone wszystkich uczniów opanował strach. "Czy ona powinna się uczyć w tej szkole?" - zapytaliśmy Lucjusza Malfoya - "Osobiście uważam, że każdy powinien mieć dostęp do pełnego wykształcenia, poza tym jest osobą niepełnoletnią, która według praw powinna się uczyć" - odpowiedział - "A nie powinno się jej zamknąć w Azkabanie?" - zapytaliśmy znowu. - "Tylko dlatego, że jest Jego córką?! Bo przecież ona nic nie zrobiła." - odparł. - "Ale jest takie zagrożenie..." - dalej prowadziliśmy atak na nią. - "Wszystko zależy od niej" - stwierdził. - "Czyli jednak coś w tym jest!" - odparliśmy z satysfakcją. - "Ja nic takiego nie powiedziałem. Muszę już iść, bo śpieszę się na ważne spotkanie" - urwał rozmowę i odszedł. Mamy nadzieję, że razem ze swoim ojcem nie będzie siała strachu wśród ludzi...
Dalej też coś pisało na ten temat, ale nie chciała już tego czytać. Najpierw ją trochę zdziwiło, że Malfoy senior staje po jej stronie, ale później sobie przypomniała to co jej powiedział Draco.
***
W październiku rozpoczął się sezon quidditcha i wszystkie domy się przygotowywały do meczów, które miały wkrótce rozegrać. Wszyscy się zastanawiali kto w tym roku wygra, czy znowu będzie to Gryffindor, który od sześciu lat z rzędu wygrywa.
Hermiona szła szybkim krokiem przez błona w kieruku boiska, aby móc przynajmniej popatrzeć na trenujących przyjaciół, którzy oczywiście o tym nie wiedzieli. Jako pierwszy wyszedł na boisko Harry, któy od roku jest kapitanem drużyny. Rozejrzał się po trybunach, na których dostrzegł dziewczynę, ale z daleka nie umiał sprecyzować kim ona jest. A ona modliła się w duchu, aby jej nie rozpoznał, bo nie wiedziała i nie chciała się dowiedzieć jak zareaguje.
Odwróciła głowę i w tym momencie zauważyła, że nie siedzi sama na trybunach, trochę dalej od niej siedziały dwie dziewczyny Padma Patil, a tej drugiej Hermiona nie umiała rozpoznać, ale widziała, że jest opaloną na czekoladkę, wysoką, szczupłą szatynką o ciemnych oczach. Dziewczyna przyjrzała się jej jeszcze raz, gdzieś ją widziała, ale nie wiedziała gdzie.
- Harry! - zawołała ciemnooka i pomachała mu radośnie, a on uśmiechnął się do niej promiennie.
- Natalie! Jednak udało ci się przyjść! - podleciał bliżej, a obok niego Ron, który przyleciał się przywitać ze swoją dziewczyną.
A wtedy zobaczyła coś co ją całkowicie zamurowało, a mianowicie Harry całował się z tą szatynką nic sobie nie robiąc z siedzącej trochę dalej Hermiony.
- A mówiłeś, że mnie kochasz jeszcze jakiś miesiąc temu! - krzyknęła podchodząc do niego. - Właśnie widzę jaka ta twoja miłość jest trwała! - wymierzyła mu policzek, po czym odwróciła się na pięcie i odeszła.
Jeszcze długo patrzeli się na nią w strasznym szoku, jak odchodziła.
- Kto to był? - zapytała Natalie.
- Moja była dziewczyna - odparł obojętnym tonem wciąż masując policzek. - Hermiona Riddle - dodał po chwili jednocześnie akcentując jej nazwisko i krzywiąc się przy nim.
- Oh! - wyrwało się dziewczynie i spojrzała z przerażeniem w miejce, gdzie zniknęła przed chwilą ślizgonka. - Nie wiedziałam...
- Jak mogłaś wiedzieć, jak się tu przepisałaś dopiero w połowie września - uśmiechnął się do niej Harry.
***
Hermiona biegła przez błonia ooczami pełnymi kryształowych łez po tym co zobaczyła, a przyrzekała sobie, że nie będzie płakać przez chłopaków. Ale Harry był dla niej kimś więcej niż chłopakiem, był przyjacielem i bardzo bliską jej osobą, kochała go bardzo, a to wszystko dla niego prysnęło kiedy Tiara Przydziału wypowiedziała te strasznie bolące do tej pory słowa. Na nic zdało się szczypanie po piędziesiąt razy na minutę, aby sprawdzić, czy aby to przypadkiem nie sen i zaraz się obudzi w swoim pokoju w wieży Gryffindoru. Ale tak się nie okazało i musiała żyć dalej.
- 'A może by tak...' - spojrzała w stronę jeziora obok, którego właśnie przechodziła.
Podeszła do niego, zanużyła najpierw jedną nogę, aby sprawdzić jaka jest jego temperatura, była tak zimna, że Hermiona od razu odskoczyła. Jeszcze raz zanużyła nogi, ale tym razem przygotowana na szok termiczny. Po chwili przyzwyczajona do niskiej temperatury wody szła nucąc sobie piosenkę o pięknej niespełnionej miłości, którą ona sama przeżyła. Całe życie przeleciało jej przed oczami, wszystki chwile spędzone z jej przyjaciółmi... byłymi przyjaciółmi.
Już coraz mniej myśli do jej mózgu dochodziło, coraz mniej do niej docierało. Czuła błogą pustkę w głowie, która wypełniała całą jej duszę i serce. Powoli przymykała powieki, które pomimo tego iż była w wodzie miała otwrte.
***
- Co cię napadło?! - usłyszała czyiś krzyk.
Wszystko ją bolało, nawet najmniejszym palcem nie mogła ruszyć, tylko jej oczy błądziły dookoła szukając tego co tak krzyczał, ale nigdzie go nie widziała, bo przed oczami widziała tylko biel i nic poza tym. Nagle ktoś zaczął jej robić oddychanie usta usta, czyżby nie widział, że już otwarła oczy, a może jej się tylko tak wydawało i może cały czas miała zamknięte, ale w każym razie żyła, bo gdy tylko próbowała się poruszyć czuła ten przeszywający ból.
-
Wysusz - ktoś wypowiedział to zaklęcie i całe jej ubranie wyschło w mgnieniu oka.
- Gdzie ja jestem? - wybełkotała.
- Nad jeziorem! - odparł.
- A kim ty jesteś? - zapytała na daremno przewracając oczami, bo i tak wszędzie widziała tę przeklętą biel.
- Eh... - chłopak pokręcił głową. - Świętym Mikołajem - odparł z ironią.
- Możesz się nie wygłupiać - oburzyła się. - Jakoś nie przypominam sobie ciebie... A co najważniejsze... nie widzę! - zawyła.
- Nie mów, że nie widzisz, bo przecież masz otwarte oczy! - wykrzyknął z przerażeniem w głosie.
- Na to wygląda. To kim ty jesteś?
- Miguel Santana - odparł i w tym momencie rozpoznała tę barwę głosu i akcent hiszpański, który tak się jej podobał.
- Przyjechałeś z Hiszpani na ostatni rok nauki w Hogwarcie - upewniła się, czy dobrze pamięta. - Razem z siostrą?
- Yhm - potwierdził.
- Mam do ciebie prośbę, mógłbyś mnie zaprowadzić do skrzydła, bo ja nic nie widzę! To jest okropne! - jęknęła.
- No dobra!
Pomógł jej wstać, choć co prawda z początku chciał ją wziąść na ręce, ale ona wolała iść o własnych siłach. Wziął ją więc pod ramię, a ona się go uwiesiła jak tonący brzytwy, ale z dalek można by pomyśleć, że są parą.
- Wiesz co?! Jak ty śmiesz mi coś wypominać jeżeli sama to robisz?! - to był Harry, na którego się natknęli przed Wielką Salą.
- Czy to jest Harry? - zapytała Miguela dla pewności, czy aby się nie pomyliła.
- Tak... - odparł.
- C-co jej jest? - zapytał z przerażeniem zielonooki.
- A co cię to interesuje?! Idź i opiekuj się tą swoją Natalie! - krzyknęła nieświadoma tego, że owa dziewczyna stoi na przeciwko niej.
- Ona nie widzi - szepnął im Miguel, kiedy Hermiona go pociągnęła, ale nie wiedziała gdzie, więc musiał ją naprowadzić na dobry tor, a zrobiła to, bo już nie mogła znieść towarzystwa Harry'ego.
- Ale jak to?! - Potter poszedł za nimi.
- Ją się spytaj - głową wskazał na naburmuszoną Hermionę.
- Proszę cię, nie rozmawiaj z nim... przynajmniej teraz - jęknęła.
Harry stanął w miejscu i patrzył się na oddalających się ślizgonów.
***
- Co jej się stało, bo nie wygląda na chorą - gdy dotarli do skrzydła dziewczyną zajęła się pani Pomfrey.
- Yyy... ona nie widzi - odparł z zakłopotaniem.
- Ale jak to się stało? Tak nagle? - zdziwiła się pilęgniarka.
- Yyy... ja ją znalazłem w jeziorze... ale nie wiem jak to się stało, że się tam znalazła - odparł z jeszcze większym zakłopotaniem.
- Aha - spojrzała na Hermionę, która stała, a jej oczy błądziły dookoła, jakby to miało jej pomóc odzyskać wzrok.
- Czy ja kiedykolwiek będę widzieć? - zapytała z przerażeniem dziewczyna.
- Hmm... myślę, że tak - odparła kobieta. - Zaprowadź ją do tamtego łóżka - zwróciła się do Miguela wskazując na jedno z nich, stojące najbliżej gabinetu. - Możesz już iść - ponownie zwróciła siędo niego, gdy wykonał to co miał zrobić.
- Zostań - zawołała za nim Hermiona.
- Ale on nie...
- Jeśli on nie wyjdzie z własnej nie przymuszonej woli ja też wyjdę! - krzyknęła dziewczyna.
Pielęgniarka spojrzała na niego błagalnym wzrokiem, aby wyszedł, ale ślizgoni mają to do siebie, że robią to co chcą, więc usiadł obok dziewczyny i złapał ją za rękę na znak, że jest przy niej.
- Dziękuję ci - wymruczała.
- Nie ma za co - odparł.
- Jest!
Zapdło milczenie, podczas, którego było słychać każde przewrócenie karti przez Pomfrey w sąsiednim pomieszczeniu.
- Ty masz sistrę... Jak się nazywa? - zapytała.
- Natalie - odpowiedział.
- O kurde! - przewróciła odruchowo oczami.
- Co robisz taką minę? - zaśmiał się.
- Mój chłopak... to znaczy były... z nią kręci... widziałam dzisiaj jak się całują - odparła smutnym głosem. - A ja go nadal kocham, a on to samo mi powiedział miesiąc temu! - zawyła.
- Czy to przypadkiem, nie przez to chciałaśpopełnić samobójstwo - zapytał.
- A co cię to obchodzi - oburzyła się.
- Powiedz tylko tak albo nie - nie dawał za wygranął.
- Tak! To przez nich! - wyrzuciła to z siebie i nie wiedziała czemu zrobiło się jej lżej na sercu.
- Nie płacz - powiedział, gdy zauważył jej łzy spływające na poduszkę.
- Nie płaczę - uśmiechnęła się blado.
Po jakimś czasie zasnęła wtulona w jego rękę, a on nie mógł nią ruszyć, aby jej nie obudzić.
- Co jej się stało? - do sali wszedł Draco trzaskając drzwiami.
- Ciszej! Śpi! - syknął Miguel.
- Co jej się stało? - zapytał ponownie, ale już trochę ciszej.
- Nie jestem pewny, ale chyba próbowała popełnić samobójstwo... znalazłem ją w jeziorze i z trudem udało mi się ją ocucić - odparł.
- O kurwa! - prawie, że krzyknął. Zastanawiał się z jakiego to powodu mogła chcieć popełnić samobójstwo. - Nie wiesz może dlaczego?
- Nie - skłamał - Jest jeszcze coś... ona nie widzi.
- Co?!
- Ciszej! - syknął. - I nie wiadomo, kiedy odzyska wzrok, ale zanim się to stanie ktoś musi się nią opiekować - wytłumaczył.
- Mmm... - dziewczyna jąknęła przez sen i odwróciła się na drugi bok puszczając przy okazji rękę chłopaka.
Spojrzał na nią w niemym podziwie dla jej urody. Jej błyszczące brązowe loki rozłożyły się na całej poduszce w całej swej okazałości. Miała bladą od zimna cera, która zwykle świeci blaskiem brzoskwini. Oczy miała zamknięte, więc nie było widać ich koloru, ale znał je na pamięć, ciemno orzechwe, w których zawsze można było dostrzec iskierkę nadziei na lepszy świat.
komentarze [9]Rozdział I: Nowa tożsamość >> poniedziałek, 20 czerwca 2005 17:04:09
Postanowiłam napisać coś nowego, czego jeszcze nie było o Hermionie (przynajmniej żadnego takiego bloga nie znam), co się będzie działa już można się domyślić po nazwie bloga, ale szczegółów dowiecie się tylko czytając tego bloga... Mam nadzieję, że się wam spodoba. Akcja zaczyna się w 1997 roku.
=============================
Hermiona stoi nad Voldemortem i celuje w niego różdżką, w jej głowie układa się już złowrogie zaklęcie, które miałoby go zabić, kiedy on przemówił: "Zabijesz własnego ojca?" - spojrzała na niego z przerażeniem.
Dziewczyna obudziła się cała zlana potem, rozejrzała się po pomieszczeniu, w którym się znajdowała, był to pokój na pierwszym piętrze w domu przy Grimmauld Place 12 w Londynie. Jedyną osobą, która była z nią w pokoju była Ginny, która smacznie spała. Za oknem świeciły gwiazdy i księżyc, oświetlając pomieszczenie jasnym blaskiem. Hermiona wstała i podeszła do biurka, na którym stała woda i szklanki, nalała sobie do jednej z nich i upiła kilka łyków, ciągle rozmyślając o tym śnie, który powracał w każdą noc i nie mogła nic na to poradzić. Usiadła na oknie, trzymając szklankę w ręce.
Nagle krzaki pod jej oknem się poruszyły, wytężyła wzrok, ale nic nie widziała, jednak po chwili krzaki znowu się poruszyły, lecz znowu nic nic ani nikogo nie dostrzegła. Wróciła do swojego łóżka i położyła się na nim spowrotem, aż w końcu zasnęła.
***
- Harry! Ron! - krzyknęła pod drzwiami pokoju chłopaków, które były na przeciwko jej pokoju.
- Co jest?! - rozległy się zaspane, pełne oburzenia jęki.
- Ważna sprawa! - krzyknęła.
- No, dobra... tylko pozwolisz, że się ubierzemy - zawołał Harry.
- Tylko szybko! - zawołała. - Będę czekała w salonie - dodała, po czym się tam udała.
- Nooo dooobra, ooo coo chooodzi? - zapytał Ron ziewając.
- Miałam dziwny sen - zaczęła, a oni spojrzeli na nią jakby rozmawiali z wariatką.
- To ty nas budzisz tylko po to, aby powiedzieć o jakimś głupim śnie?! - zaprotestował Ron, a ona obdarzyła go morderczym spojrzenie, więc od razu zamilkł.
- To nie był taki zwykły sen - odparła. - Całkowicie inny - opowiedziała im wszystko.
- Ale o co ci chodzi? To tylko zwykły koszmar - mruknął na pocieszenie Harry.
- Zwykły koszmar?! - oburzyła się. - Powtarza się co noc, zawsze kończy się w tym samym miejscu, a ja budzę się w środku nocy zlana potem... - po jej policzku spłynęła pojedyncza diamentowa łza bezradności jaką czuła.
- Nie płacz - mruknął Harry, a ona podniosła na niego swoje orzechowe oczy.
- A co jeśli to się okaże prawdą?! - załkała.
Wtuliła głowę w jego ramie, a on nie wiedział co ma zrobić, więc drugą ręką ją objął. Podniosła nieśmiało wzrok i spojrzała w jego zielone oczy, które tak kochała. On też na nią spojrzał, kiedyś ta gryfonka o burzy loków, zawsze zasłonięta książką, teraz była piękną dziewczyną z pięknymi, błyszczącymi lokami.
Patrzyli tak na siebie w milczeniu nie zwracając uwagi na Rona, który czuł się bardzo dziwnie w całej tej sytuacji, więc wyszedł, a ich usta połączył namiętny pocałunek, pełen pożądania i tęsknoty do siebie.
- Harry! Hermiona! - do pokoju weszła pani Weasley, na której twarzy widać było wielkie zmieszanie.
- Mamo, mówiłem ci żebyś tu nie wchodziła - podszedł do niej z bułką w ręce.
- Chyba miałeś rację - odeszła mrucząc pod nosem, jak to te dzieci szybko rosną.
Przyjeciele spojrzeli po sobie, po czym poszli do kuchni na śniadanie, na które najprawdopodobniej chciała ich zawołać pani Weasley.
Usiedli przy stole, wszyscy wesoło rozmawiali na wiele różnych tematów, których nie wsposób zliczyć. Tylko Hermiona siedziała cicho i rozmyślała co ją teraz czeka, bo jeżeli sen się okaże prawdą zostanie przeniesiona do Slytherinu, a wtedy koniec przyjaźni, która tyle przetrwała.
***
Trójka przyjaciół po raz ostatni, nie licząc wyjazdów na ferie wsiadali do pociągu Londyn-Hogwart. W tym roku zdają OWUTEMY, a potem każdy zaczyna swoje własne życie osobiste i zawodowe. Zastanawiali się czy ich przyjaźń będzie równie silna, jak dotychczas.
- Panno Grager - dziewczyna usłyszała za sobą opiekunkę Gryffindoru, kiedy byli już na stacji w Hodsmead.
- Dzień dobry, pani profesor - przywitali się.
- Proszę za mną - zwróciła się do przerażonej dziewczyny, która nie wiedziała o co chodzi.
Wsiadły do jednego z powozów i ruszyły w stronę zamku, a gdy były pod samym jego wejściem wysiadły, weszły do środka i ruszyły korytarzami w stronę gabinetu dyrektora, a w oczach dziewczyny było widać mieszane uczucia. Wspięły się po kręconych schodach za chimerą i stanęły przed drzwiami gabinetu.
- Dzień dobry Hermiono - przywitał się jak zwykle z uśmiechem na twarzy.
- Dzień dobry profesorze! - odpowiedziała.
- Usiądź, prosze! - wskazał na miejsce na przeciwko siebie. - No, więc... - zaczął nieporadnie - dziasiaj rano, jak bawiłem się 'Uszami Dalekiego Zasięgu' - McGonagal pokręciłą głową z niedowierzaniem - i przez przypadek - kontynuował niczym nie zrażony - usłyszałem o czym rozmawialiście, ty, Harry i Ron.
- Chodzi o mój sen? - zapytała.
- Tak. Razem z pierwszorocznymi nałożysz dzisiaj Tiarę Przydziału - nie wiedziała czy się zgodzić, ale miała inne wyjście?
- Dobrze - kiwnęła głową.
Wyszli z gabinetu dyrektora i udali się do WIelkiej Sali, pod którą stali już wszyscy pierwszoroczni.
- Za mną! - rozkazała McGonagal, kiedy drzwi się otworzyły.
Weszła do środka, a za nią wszyscy pozaostali. Hermiona czuła na swoim karku setki zaciekawionych spojrzeń i słyszała szepty podniecenia i zdziwienia. Od czasu do czasu było słychać szydercze wyzwiska ze strony ślizgonów.
Miała pecha, bo ją dopiero na samym końcu McGonagal wywołała i to właśnie na niej były skupione wszystkie spojrzenia zebranych.
- O, znowu się widzimy - zawołała Tiara, kiedy wylądowała na głowie dziewczyny. - Masz wątpliwości co do swojego pochodzenia? - powiedziała już trochę ciszej, ale nadal słyszalnie dla wszystkich. - Hmm... co my tu mamy? - zastanowiła się chwilę. - Oh, tego tu wcześniej nie było! - wykrzyknęła, a w jej tonie było słychać drżenie.
- Czego nie było? - spytała przerażona Hermiona.
- Ty... ty... - zawachała się czy może to powiedzieć - jesteś córką Tego Którego Imienia Nie Wolno Wymawiać.
Przez całą salę przebiegły pomruki zdziwienia, a także przerażenia, tylko stół przy którym siedzieli ślizgoni panował całkowity spokój.
- J-jak to - zająkała.
- Ja tego nie wiem! - odparła Tiara.
- Czy dalej będę należała do Gryffindoru? - spojrzała na swoich przyjaciół, którzy byli biali jak papier.
- Nie! Do Slytherinu! - wykrzyknęła.
***
Po uczcie, zła jak osa udała się do swojego pokoju, który miała tylko dla siebie. Położyła się na łóżku w sypialni i to wszystko wracało, miny jej przyjaciół, czy jeszcze kiedyś pocałuje Harry'ego, którego pokochała rok temu. On ją też i od pół roku są parą, ale czy ta miłość ma szanse? Usiadła na oknie i rozejrzała się dookoła, ale i tak wiele nie widziała, bo przecież jej pokój był położony na parterze.
***
Dziewczyna przetarła oczy ręką, ziewnęła i rozejrzała się po swoim nowym pokoju. Przez okno wlewały się promienie wschodzącego słońca, które było ledwo widać z jej okna. Poszła do łazieni i wzięła poranną kąpiel, której potrzebowała, a że była sobota nie musiała się śpieszyć, a poza tym i tak bardzo wcześnie wstała.
Prawie godzinę spędziła w łazience, po czym się ubrała i udała się do Wielkiej Sali na śniadanie, ale poza nią nikt jeszcze nie przyszedł, bo komu by się chciało wstawać o 7h rano w sobotę.
Nałożyła sobie trochę jajecznicy, tosty posmarowała masłem, a do szklanki nalała sobie soku dyniowego. Jadła sobie w spokoju, kiedy nagle usłyszała pochukiwanie sowy, podniosła wzrok, w jej kierunku leciał ciemno brązowy puchacz z sygnetem na prawej nóżce. Hermiona spojrzała na nią zdziwiona, bo nie spodziewała się od nikogo listu. Sowa dumnie wylądowałą na jej ramieniu i wystawiła lewą nóżkę, do której był przywiązany list.
Dowiedziałem się wczoraj, że należysz do Domu Węża, do którego i ja należałem wiele lat temu. Pamiętaj, że od teraz oficjalnie nazywasz się Hermiona Riddle, noś te nazwisko dumnie i pamiętaj, aby go nie splamić!
List był podpisany mrocznym znakie, ale nawet jakby go nie było od razu domyśliłaby się od kogo jest ten list. Ale nigdy by się nie spodiwała, że nawet po tym, jak się dowiedziała, że jest jego córką to on cokolwiek wyśle. Oczywiście wiedziała o co chodzi z tym splamieniem nazwiska, nie może się zadawać z Harrym, ale ona przecież go kocha.
Zostawiła resztki swojej jajecznicy, ponieważ do sali zaczęli się schodzić masowo.
Szła przyśpieszonym krokiem nie patrząc gdzie idzie, gdy w pewnym momencie w coś lub kogoś dobiła. Podniosła wzrok, to był Malfoy, która jak zwykle na twarzy miał ten drwiący uśmiech.
- Granger, patrz gdzie leziesz? - powiedział.
- Oh, przykro mi, ale czyśbyś o czymś zapomniał? - prychnęła.
- Przepraszam, teraz jesteś Riddle - zaśmiał się drwiąco.
- Możesz się odsunąć?! - warknęła.
- Nie - odparł.
- Chamój się! - nie wytrzymywała.
- Bo co?!
W tym momencie ją pocałował i to w dodatku na oczach schodącego Harry'ego, którego zamórowało na ten widok. Zaczęła się szarpać, ale on ją złapał za ręce i nie miała z nim szans... przynajmniej siłowo.
- Co ty robisz? - usłyszała za plecami głos swojego chłopaka.
Ślizgon szybko ją puścił i odszedł.
- To on mnie zmusił - odparła spuszczając głowę.
- To czemu się nie broniłaś? - zapytał z wyrzutem.
- Myślisz, że nie próbowałam, tylko zauważ, że on jest ode mnie dziesięć razy silniejszy - odparła na zarzut.
Spojrzał na nią, a ona stała dalej ze spuszczoną głową. 'Jak on mógł mi to zrobić na oczach wszyskich' - pomyślała. Pojedyncza łza spłynęła po jej policzku.
- No już dobrze - przytulił ją do siebie.
- A gdzie Ron? - zapytała nigdzie nie widząc przyjaciela.
- Pewnie poszedł po Padmę, bo jeszcze przed chwilą szedł za mną - odparł gryfon.
- O! Idą! - wskazała na idącego w ich kierunku rudowłosego chłopaka z ciemnowłosą dziewczyną.
- Cześć wam! - zawołali przybysze, ale gdy spojrzeli na Hermionę mieli dziwny wyraz twarzy, jakby coś było nie tak, no bo było...
- Gdzieś ty mi zniknął?! - zaśmiał się Harry z początku udając oburzenie.
- Musiałem się skoczyć po tę uroczą damę - zarechotał jego przyjaciel, a Padma zrobiła się czerwona.
***
- Harry! - Hermiona chciała go pocałować, ale ten się odsunął. - O co ci chodzi? - zapytała zdezorientowana.
- Jeszcze się pytasz?! - z kieszni wyciągną kartkę i zaczął jej machaćprzed oczyma, rozpoznała w niej list, który dostała przed paroma godzinami.
- Skąd to masz? - zapytała.
- Znalazłem i przeczytałem chcąc się dowiedzieć do kogo należy - odparł.
- A-ale... a-ale... - jąkała się.
- Wiesz co, powinniśmy sobie dać z tym spokój, nie mogę być z dziewczyną, która stanie po przeciwnej stronie - w oczach dziewczyny zaszkiły się łzy. - Wiem, że na pewno tak będzie - dodał, kiedy ta próbowała coś powiedzieć, ale od razu zamknęła usta.
- Ale ja cie kocham! - krzyknęła po chwili nie wytrzymując.
- Ja ciebie też, ale zrozum! - krzyknął równie głośno jak ona.
- To dlaczego chcesz mnie zostawić? - zapytała smutnym głosem.
- Dlatego - ponownie pomachał jej przed oczami karteczką.
- Ale przecież to nie jest powód!
- Ależ jest i to niestety bardzo ważny.
- Jaki?
- Zapomniałaś?! Twój ojciec zabił moich rodziców! - to zdanie ją bardzo zabolało, ona sama nie umiała się do tego przyzwyczaić, ale wszystkim pozostałym przyszło to z łatwością.
- Jak chcesz! - krzyknęła ze złością.
Odwróciła się na pięcie, najpierw szła wolnym krokiem, lecz po chili zaczęła biec, a z oczu ciekły jej łzy. Nie zwracała na nikogo i na nic uwagi, nie wiedziała nawet gdzie biegnie, gdy nagle z czymś, albo kimś się zderzyła. Podniosła zapłakane oczy, nad nią stał nie kto inny jak Malfoy z tym swoim wrednym uśmieszkiem.
- Znowu ty... - spojrzała w jego stalowo niebieski oczy.
- Tak! Znowu ja! - warknęła wstając.
Rozejrzała się nie zwracając już na niego najmniejszej odwagi, była w lochach. Żuciła jeszcze jedno nienawistne spojrzenie ślizgonowi i weszła do Pokoju Wspólnego, a zaraz potem udała się do swojego pokoju, aby móc w spokoju przemyśleć zachowanie jej i Harry'ego, który przez jeden głupi list ją żucił, tak po prostu. A potem znowu ten Malfoy.
- Już nigdy nie dam się skrzywdzić żadnemu chłopakowi - przysięgła sobie. - Ani przez żadnego z nich nie będę płakała, będę silna i nie splamię mojego prawdziwego nazwiska!
Ktoś zapukał do jej pokoju.
- Kto tam?! - warknęła.
- Ja - odpowiedział ktoś zza drzwi.
- Kto 'ja'?
- Draco! - zawołał chłopak.
- Po co tu przyszedłeś? - zapytała uchylając drzwi.
- Chciałbym z tobą pogadać - wyjaśnił.
- O, a na jaki temat?
- Wpuścisz mnie? - zapytał.
- No dobra, wejdź - mruknęła i odsunęła się od drzwi. - To o co chodzi? - zapytała.
- Hmm... kiedyś ojciec mi wyjawił, że Czarny Pan ma córke - zaczął, a w jej głowie zaczęło się kłębić pełno myśli. - I mój ojciec razem z... hmm... twoim ojcem uzgodnili między sobą, że... hmm... ich dzieci, czyli my... po skończeniu szkoły mamy wziąść śłub - wydusił z siebie, a Hermiona spojrzała na niego jak na kosmite, który dopiero co wylądował.
- Wiedziałeś o tym wcześniej... - zapytała siadajac z wrażenia.
- No właśnie wczoraj dowiedziałem się, że chodziło o ciebie, tak samo mój ojciec - wytłumaczył.
- Ja nie mam zamiaru za ciebie wychodzić - prychnęła.
- Ale coś mi się wydaje, że będziesz musiała - odparł z zadowoleniem obserwując, jak ślizgonaka się denerwuje.
- Nikt mnie do tego nie zmusi!
- Nikt?! - podniósł sugewtywnie brwi.
- No, może jedna osoba - mruknęła ze zrezygnowaniem.
komentarze [11]
Picture | Created by
Patrycja for
szablony-hermiony.mylog.pl